Rzecz o wsiowym głupku
Zaczęło się jak zwykle z Maćkiem, przyjechał wieczorem, odebrałem go z dworca, u mnie piliśmy ten słodki, klejący syf zwany Krupnikiem. Pobudka, pakowanie auta, zawijamy jeszcze chłopaków z Jeleniej, wieziemy ich do roboty w Cieplicach, jakaś impreza do obstawienia, a stamtąd już tylko chwila moment i jesteśmy pod bastionem ortodoksji w Karkonoszach, czyli pod górą Chojnik.
Jest z nami Tadziu i Pawka, wracają z Dolomitów, urobili coś na Marmoladzie, wieczorem będą opowieści. Jest też Karolina, to będzie jej pierwsze wspinanie na dłuższej drodze. Pakujemy wory, zamykamy auta i dajemy spacerkiem pod zachodnią ścianę. Trochę się chmurzy, ale uspokajam towarzystwo, przecież nie może padać, jesteście u mnie w gościach. Maciek się śmieje, że jak jest u mnie, to zawsze leje; owszem, zawsze, ale jak przyjeżdża z Magdą ;). Macamy jakieś kamienie na podejściu, chłopaki się przystawiają do starych problemów, pamiętających jeszcze Wojtka Lacha i mojego Ojca; ktoś je ponazywał, dorysował strzałki, które widać z kosmosu niczym Chiński Mur, ogólnie syf. Pokazuję im mocno psychiczny bulder, miał ze dwa przejścia, bo można sobie złamać kręgosłup na schodkach. Jakieś przystawki i lecimy pod ścianę. Chłopaki z Karoliną pakują się na Drogę Klasyczną, robią ją wariantem przez okap i kończą przez zacięcie. Ja z Maćkiem, szpeimy się pod moim projektem, który dzięki kolesiom z Gryfowa jest wyczyszczony trochę z mchu, bez tego byłby niewkaszalny.
Jeszcze szybkie zrzucenie wagi i już się wbijam w połogą, startową ryskę, w której siadają dwa z 15 przelotów z całej trzywyciągowej, ponad stumetrowej drogi. Póła z drzewem jest ostatnim miejscem restowym na pierwszym wyciągu, motam pętlę na drzewku i ładuję się w "pionową płytkę bez chwytów i stopni", która stanowi główną trudność. Drzewo zostaje daleko pod dupą, a chwytów prawie nie widać. Sięgam do woreczka, pusto, wycieram spocone dłonie starym piaskowcowym zwyczajem o spodnie, jaki szatan mnie podkusił, żeby założyć secondskiny z lycry?! Stoję na jakichś mikrostopieńkach, które co i raz się wykruszają, chwyty coraz bardziej zapocone, krzyczę do Maćka:
- Kurwa, tu nic nie ma!!
- To spierdalaj do tej rysy na prawo!
- Jak mi kupisz czapkę z wiatraczkiem, to może do niej dolecę, to jest prawie 5 metrów!!!
- To mam cię łapać?!
- Aleś dowcipny..
Staram się uspokoić, lekki telegraf mnie już łapie od stania na tych mikro pizdeczkach, podchodzę dwa kroki wyżej, płyta się pionuje, nic już nie ma, kurwa, jak dupnę, to zostanie ze mnie mokra plama... I nagle zaczyna padać deszcz... Tadziu się drze z pierwszego stanu, jak dalej to idzie?! Okapem Tadziu, okapem. Trawers do końca, później przez trawy i z dęba stan, tylko gęsto tkaj przeloty, bo końcówka jest trudna.
Przestaje kropić, jest szagma jak w Delhi albo innych tropikach. Staram się wybrnąć z tej beznadziejne sytuacji i znajduję malutki wtopiony kamyczek. Wygląda dobrze, więc zapinam na nim łuka, mało mi ścięgna nie popękają, podchodzę wysoko nogami, strasznie szeroko te stopnie, prawie robię szpagat. Kurwa, ostatniego przelotu już nie widzę. Jakieś 20 metrów do gleby, przelot prawie 15 metrów niżej, połoga płyta, granit, jak przeżyję lot, to będę się nadawał na mielone. Już był w ogródku, już witał się z gąską, a tu nagle orzech, którego tak pewnie trzymałem, wypada! Kurwaaa, zaraz umrę, będę się smażył w piekle za moje występki i picie wódki, Boga nie ma, ale są moherowe berety. Ekskomunika pewna. Ostatnim wysiłkiem woli przytrzymuję wyjątkowo nędzną krawądkę, magnezji zero, deszcz pokapuje, zaraz będę koło Maćka, 20 metrów niżej. Ściągam się z obu syfiastych tnących jak żyletki krawądek, jeszcze dwa niepewne ruchy i jest! Jest rysa!! Drę się na całe gardło, zapominając, że to przecież park jest narodowy.. jacyś turyści na ścieżce poniżej uciekają w popłochu, myśląc zapewne, że to sam Lucyper powstał z piekieł i ukarze ich za śmiecenie w lesie. Jest rysa, kurwa, jak dobrze. Ale co z tego, że jest, jak jest płytka i nic nie siada. Podchodzę trochę wyżej, wsadzam dwie trójki dla pewności, siedzą perfekcyjnie, drę już spokojny do stanu, po drodze jeszcze jeden rocks, stara Salewa, jeszcze mojego Starego; ta kość jest zajebista, zawsze mi ratowała dupę.
Trudności jako takie trzymają aż do póły pod wielkim okapem, motam stan z jarzębinki i wołam Maćka. Ledwo ciągnę linę przez przyrząd, jestem oszołomiony jak po halbie Krupniku. Po paru minutach widzę szczęśliwą mordę mojego partnera, który rzuca się na mnie z radości i mówi, że na drugiego to się całkiem spoko popierdala po tym. Robimy porządek w szpeju, niewiele tego jest, bo założyłem aż 5 przelotów na tym wyciągu, a miał ci on jakieś 40 metrów. Trzymało od drzewka aż do stanu, jakieś VI.1+, X.
Czaimy dalszą część, chciałem zrobić to przez taką fantastyczną rysę, ale jest trochę mokra, poza tym zaczyna się dopiero na 3 metrach od póły i za bardzo nie wiem jak się do niej dobrać. Decydujemy się na wyciąg z innej drogi, trochę bardziej na prawo. Wbijam się w znanego już offwidthta, w którym trzeba się położyć, kiedyś tam był na stałę drewniany kołek, ale zgnił był; zdaje się Cojak podczas któregoś przejścia go wyrwał. Jest trochę krucho, nie miałem wtedy jeszcze cama #6, więc motam coś z mniejszych friendów, poszło, nasapałem się, ale poszło, dalej jeszcze łatwe płytki poprzerastane wrzosem, wrzucam ze dwa friendy i biegnę do stanu. Na kolejnej póle, motam stan z drzewka, sciągam Maćka. Coś się mota, coś się drze, nic nie słyszę, bo jest 50 m niżej, w okapie. Nagle dupnął, co się stało? Przecież ten facet ma przedramiona jak Fred Nicole! Okazało się, że nie mógł frienda wyjąć, więc zbloczył. No tak, na Jurze to się nie używa takich rzeczy jak friendy, a pokaż komuś skajhuka, to piwo zacznie otwierać. Hehe. Dochodzi do nas Tadziu z Karoliną i Pawką, wbijają się w ostatni wyciąg Klasycznej, piękny, estetyczny, ryso-zacięcie. Góra jest trochę problematyczna, ale dają radę klasycznie. Świetnie.
My za to, przechodzimy na prawo, i wbijamy się w kruchy kominek. Staram się dygnąć rysą przez okapik, ale klinuje mi się głowa i nie bardzo wiem co dalej. Żaden mój friend tam nie siada, więc ostrożnie się wycofuję, jest krucho cholernie, pod dupą mam kiepskie przeloty. Wpuszczam Maćka. Wybiera łatwiejszy wariant, ucieka w prawo, w połogie zacięcie, którym po jakichś dwudziestu metrach dobija do barierki. Tam oczywiście gawiedź spragniona wrażeń, próbuje dokarmić dzikie zwierze. Zwijam stan i łoję do Maćka. Przechodzimy do miejsca, z którego się zaczyna zjazdy, rzucam linę. Ciągniemy niebieską, na wieki wieków. Taaa.. jeden zjazd, lina się zaczepia o gałęzie, szarpiemy się z nią, drugi zjazd, ziemia. Nareszcie. Maciek jest oszołomiony nie bardziej ode mnie. Podajemy sobie ręce, jakieś picie, jakaś bułka, zwijamy manele i dajemy na dół.
Cała reszta ćwiczy wspinanie na małych formach, czyli tłucze buldery na kamieniach przy zielonym szlaku. Robimy jakieś dwie przystawki i zwijamy się. Trzeba odebrać chłopaków z roboty i zwinąć szpej. Wieczorem jedziemy na after party do jakiejś mordowni w Jeleniej, ale jest nuda, więc zabieram towarzystwo na Górę Szybowcową, skąd jest piękna panorama całej kotliny. Widzimy miliony światełek, z każdym łykiem jest ich coraz więcej... Krupnik po ciężkim dniu robi swoje. Jeszcze trochę rozmów o wspinaniu. Wyrazy uznania, całusy, żarcie, plany... Idziemy spać. Jak dobrze, że w barabusie jest łóżko...
Opowieść ta traktuje o pierwszym przejściu drogi Wsiowy Głupek, VI.1+, X na zachodniej ścianie Góry Chojnik. Przejścia tego dokonał zespół Jan Mieczkowski i Maciek Tarnawski, reprezentujący Pure Zło team! Droga ma numer # na schemacie.
Chojnik leży na terenie Karkonoskiego Parku Narodowego, gdzie obowiązuje Porozumienie Karkonoskie, traktujące o nieużywaniu stałych punktów asekuracyjnych typu: bolty, ringi, spity. Niedopuszczalne jest również używanie haków, copperheadów, nitów i innych punktów, do osadzenia których trzeba użyć młotka. Używanie haków dopuszczalne jest jedynie na stanowiskach oraz w miejscach szczególnie niebezpiecznych, jeśli rzeźba skały na to pozwala, jednakowoż zalecane jest pozostawienie tych haków jako stałe. Jako autor wielu dróg na Chojniku, nie zgadzam się na obicie którejkolwiek z nich. Wyżej opisana droga jest drogą, na której lot może mieć poważne konsekwencje. Proszę o informacje o nowych przejściach w rejonie Chojnika, które pomogą w stworzeniu dokładnego schematu dróg, na adres mailowy: janmiecz@gmail.com. Pozdrawiam.
Janek Mieczkowski
P.S. Droga wzięła swoją nazwę od pewnego wspinacza.